Himalajska droga
Wjeżdżamy w Himalaje, dosyć spore góry, Z początku asfalt gładki, nagle żwir i dziury.
Wjeżdżamy w Himalaje, dosyć spore góry,
Z początku asfalt gładki - nagle żwir i dziury,
W pionowej twardej skale szlak jest wyrąbany,
Pchać się tu może tylko nieźle porąbany.
Z obu stron gnają trąbiąc wehikułów sznury,
Głazy wielkości słonia lecą na łeb z góry.
Droga wąska zaledwie na jedną taczankę,
Gdy trzeba, ciężarówki zrobią tu mijankę.
Z lewej bezdenna otchłań, z prawej skalny zwis,
Skręt o sto osiemdziesiąt, sypki żwir lub grys.
Pół jezdni się zsunęło w wartki rzeki nurt,
Schodzi ziemna lawina, trzymajcie się burt!
Coraz nowe wyzwania na zakrętach i mostach,
Koła buksują w błocie, change's the only constant.
Sprawa nie jest banalna na czterech tysiącach,
Silnik rzęzi, lecz stąd się wycofać to obciach.
Rzuca nami, gdy gnamy z górki na pazurki,
W lewo, w prawo, łbem w sufit, jak w grzechotce kulki.
Dziura, kamień, znów dziura, korzeń, kamień, rzeka,
Nigdy więcej na drogę nie będę narzekał!
Rollercoaster to pikuś, "Paryż-Dakar" blednie.
Żeby tylko ocalić chociaż zęby przednie!
Wtem wodospad w dach tłucze i szyby zalewa,
Jeśli uda się przeżyć, myjni już nie trzeba.
Ale za to za oknem niezwykłe widoki:
Srebrzyste górskie szczyty czochrają obłoki,
Himalajskie olbrzymy w swej okazałości
Rosną jedne nad drugie do nieskończoności.
I rozległe doliny, w oddali, zamglone,
I głębokie kaniony przez czas wyżłobione.
A my ciśniemy wyżej, wciąż wyżej, przed siebie,
Czy to ten świat wciąż jeszcze, czy jesteśmy w niebie?
Tunel w śniegu drążymy, znów kolejna przełęcz,
Prawie już nie żyjemy - Himalaja czelendż!
Bo himalajska droga to zachwyt i trwoga.
Cóż cel? "Cel jest niczym, a wszystkim jest droga"!








