PL EN

Blog · 2023-10-11

Schody do nieba

SCHODY DO NIEBA


Powoli, z ociąganiem położył stopę na pierwszym stopniu i zaczął wspinać się w górę schodów...


Wracał z kolejnej wyprawy. Był już chyba uzależniony od podróży. Po źle przespanej nocy od świtu siedział za kierownicą – nad ranem oślepiony przez wschodzące słońce, po południu wjechał pod mroczniejący baldachim chmur. W radiu leciały wiadomości, potem redakcja naukowa, rozmowa z lekarzem. O czym w ogóle ten gościu gada? Jakaś szyszynka, nasadka mózgowa… Gruczoł produkujący melatoninę, hormon snu: „U ryb i gadów szyszynka reaguje przez skórę na światło i jest jakby ich trzecim okiem…” To by się akurat przydało, bo oczy mi się kleją… Zaczął przerzucać programy, aż natrafił na stary przebój Led Zeppelin. Przez chwilę wydzierał się na cały głos: "There’s a lady who’s sure", żeby tylko nie zasnąć. "And she’s buying the stairway"…

W ostatniej chwili zauważył wyjeżdząjącą z prawej strony ciężarówkę i gwałtownie zmienił pas. Debil! Myśli, że jak jest duży, to wszystko mu wolno! Otarł pot z czoła i jechał dalej, ściskając kierownicę obiema rękami. Wkrótce dwupasmówka zmieniła się w zwykłą wąską drogę. Sygnał GPS zaczął zanikać, przez dłuższy czas nie pojawiały się drogowskazy. Jezdnia była coraz węższa, coraz bardziej zaniedbana, w pewnym momencie składała się głównie z dziur, aż przeszła w szutrową, wyboistą ścieżkę. Musiałem chyba źle zjechać… Wyłączył silnik i wysiadł, by odpocząć i rozprostować kości. Wiatr rozwiewał mu włosy i przeganiał podłużne chmury, które wyglądały jak postrzępione mary. Zapach łąki przypominał dzieciństwo – rumianek, szałwia, wysychające kałuże z żabią ikrą. Rozejrzał się wokoło. Jego uwagę przykuła odległa budowla, która niespodziewanie wyrastała nad horyzontem jak samotny wykrzyknik i zdawała się niknąć w chmurach. Piramida? Wieża? Świątynia? Kto i kiedy mógł wznieść coś takiego na tym pustkowiu? W jej stronę prowadziła ścieżka meandrująca wśród chwastów. Po męczącym marszu (ile mogło to trwać? zegarek jak na złość zatrzymał się za pięć trzecia), lekko zdyszany dotarł do podnóża budowli. Zmęczył się. Krew pulsował a mu w skroniach, przed oczami latały czarne płaty.

Teraz z bliska zobaczył, że wyrastają przed nim rozbudowane, wielopoziomowe schody, wzniesione nie wiadomo kiedy i nie wiadomo po co. Przypomniała mu się drewniana kładka nad torami, na którą wbiegał jako chłopiec, by obserwować przejeżdżające dołem parowozy a potem obserwować jak w białym, śmierdzącym dymie znika cały świat, nawet kładka i jego własne stopy.
Przypomniały mu się Schody Hiszpańskie w Rzymie. Pędził nimi w górę, żeby dogonić dziewczynę, która zostawiła komórkę na donicy z azaliami. A potem, po powrocie do kraju, nie mógł uwolnić się od jej telefonów...

I jeszcze inne schody, podobne do tamtych – w zeszłym roku, w Portugalii, w Bradze. Był już w połowie i nagle, pierwszy i jedyny raz w życiu, zasłabł. Osunął się na rozpalone od słońca granitowe stopnie. Na chwilę pogrążył się w niebycie. Jacyś turyści pomogli mu wstać i podali wodę.

Znów miał przed sobą schody, podobne do tych portugalskich, ale tralki balustrad były wykruszone, a tynk w kolorze różu weneckiego odpadał płatami z filarów. Na słupku po lewej stronie zauważył rzeźbę, była to kamienna szyszka. Widział już kiedyś coś takiego. Z trudem łapał oddech, przymknął oczy. Znów przypomniał mu się Rzym, Muzea Watykańskie. I ogromna marmurowa szyszka ustawiona pośrodku dziedzińca, podobna do tej, tyle że flankowana przez dwa pawie. Skąd się tam wzięła? Kto i kiedy ją wyrzeźbił? Podszedł wtedy do grupy turystów, usłyszał przewodniczkę, tłumaczącą po niemiecku, że szyszka według mistyków jest symbolem oświecenia. Być może dlatego, że podobna jest do nasadki mózgowej, szyszynki – mitycznego „trzeciego oka”, pozwalającego widzieć to, co niewidzialne. Spojrzał w górę i doznał lekkiego zawrotu głowy: miał wrażenie, że schody prowadzą prosto w lazurowy prześwit między chmurami. I nigdy się nie skończą.
Spojrzał za siebie – samochód był niewidoczny z tej odległości, ale wiatr przynosił od jego strony zmieszane szmery, warkot silników, nieustającą zadyszkę autostrady, co było dosyć dziwne – przecież dawno już zjechał z dwupasmówki. W tym szumie wyłowił jakieś podniesione głosy a potem sygnał karetki pogotowia. Wszystko to wydało mu się dalekie i nieważne.

Powoli, z ociąganiem położył stopę na pierwszym stopniu i zaczął wspinać się w górę schodów. Odgłosy za jego plecami stawały się coraz głośniejsze, w pewnej chwili miał nawet wrażenie, że rozróżnia pojedyncze słowa:

- Musiał zasnąć za kierownicą, widziałem, jak wrąbał się w ciężarówkę…

- Panie doktorze, w tym miejscu to już trzeci wypadek w tym roku…
Gdy wchodził na drugi stopień, tuż nad swoim uchem usłyszał spokojny, opanowany głos:

- Oddycha, będzie żył. Przynieście nosze, szybko! I przygotujcie kroplówkę!

Marcin Kołpanowicz · Kraków Wszystkie wpisy →