PL EN

Blog · 2023-10-10

SENSACJA NA MAZURACH: CZY W JEZIORZE TAŁTY MIESZKA PREHISTORYCZNY GAD?

SENSACJA NA MAZURACH: CZY W JEZIORZE TAŁTY MIESZKA PREHISTORYCZNY GAD?


Jak donoszą „Nowiny Mikołajkowskie”, w Krainie Wielkich Jezior doszło do incydentu zoologiczno-egzystencjalnego. Marcin K. (lat 59), artysta malarz przebywający na plenerze w ośrodku "Pod Jabłoniami Port & Chillout" w Nowych Sadach, stał się jedynym naocznym świadkiem wynurzenia się tajemniczego gada z wód jeziora Tałty.
Piątego października, około godz. 6 rano, gdy porządni Mazurzy jeszcze smacznie chrapali, malarz przechadzał się brzegiem jeziora Tałty, kontemplując jesienną mgłę oraz sens istnienia. Nagle tafla wody, dotąd gładka jak stół do sekcji zwłok, zaczęła bulgotać w sposób wysoce podejrzany i niepokojący. Po chwili z odmętów wyłoniło się – z głośnym mlaśnięciem – monstrum przypominające gigantycznego węża. Gdy stworzenie wynurzyło się do połowy, zszokowany malarz zorientował się, że ma do czynienia z czymś w rodzaju brachiozaura. Co więcej, na grzbiecie gada świadek dostrzegł rachityczną konstrukcję przypominającą drewnianą architekturę sakralno-użytkową.
(Nota Redakcji: Najstarsi Mazurzy, zapytani o tę sprawę, natychmiast przypomnieli sobie starodawną legendę o zatopionej w jeziorze Tałty wiosce, w której rzekomo pędzono bimber o tak wysokim procencie, że grunt pod nią po prostu zmiękł, wioska zniknęła w toni jeziora i do dzisiaj się nie znalazła).
Gad zaryczał straszliwie, po czym schował się z powrotem w głębinie. Ponieważ malarz nie zrobił zdjęcia, bo zdechła mu bateria w komórce, po powrocie do pokoju natychmiast sporządził precyzyjny portret pamięciowy bestii (Ryc. 1).
Na miejsce niezwłocznie wysłano dwuosobowy patrol policji wodnej w kapokach i klapkach oraz elitarną grupę płetwonurków „Do dna” z Mrągowa, która z przyczyn logistycznych utknęła jednak w pobliskim barze.
Świat nauki i biznesu jest głęboko podzielony co do interpretacji tego wydarzenia. Daniel P., właściciel sklepu zoologicznego w Giżycku mówi: „To z pewnością żyrafa, która w zeszłym tygodniu uciekła mi z zaplecza. Była sprytna, potrafiła otwierać zamki kopytem”. Natomiast Profesor Dariusz K. z Instytutu Hodowli Krów i Byków w Ełku twierdzi: „To wina ocieplenia klimatu. Temperatura wody wzrosła, mleko w krowach kwaśnieje, a z jezior wyłażą różne paskudztwa. Osobiście zalecam ostrożność i noszenie czapki z folii aluminiowej”.
Tydzień później:
Emocje wokół Tałtka – bo tak w międzyczasie ochrzczono „potwora z jeziora” – osiągnęły punkt krytyczny. Prezes Agencji Gospodarki Wodnej w Olsztynie, Franciszek M., podszedł do sprawy z iście urzędniczym rozmachem. Poinformował media, że w celu weryfikacji zeznań malarza i zlokalizowania gada, rozważa całkowite spuszczenie wody z jeziora Tałty.
Reakcja obrońców przyrody była natychmiastowa. Grupa ekologów w ramach protestu przykleiła swoje dłonie do powierzchni jeziora za pomocą kleju wodoodpornego. Obecnie dryfują z prądem, trzymając w wysoko uniesionych stopach transparenty: „Łapy precz od Tałtka!!”.
Wokół akwenu panuje absolutny chaos. Lokalni poszukiwacze przygód, uzbrojeni w zardzewiałe grabie, widły, siekiery oraz podręczniki do biologii dla klas czwartych, próbują dźgać wodę z drewnianych pomostów. Paleontolodzy rozbili obóz i ogłosili narodziny nowej dyscypliny naukowej – tałtologii (nie mylić z tautologią). Naukowcy wysłali już wnioski o granty do Ministerstwa Klimatu i Dinozaurów. Głos zabrano także na arenie międzynarodowej. Rzecznik "Loch Ness Research Center" w Szkocji, sir Ian McMonster, oświadczył buńczucznie: „Cała ta historia to bzdura. Polski malarz po prostu wracał o świcie z suto zakrapianej imprezy i pomylił drufującą kłodę drewna ze stworzeniem przedpotopowym”. Nasz korespondent zauważa jednak, że sir McMonster składał to oświadczenie, trzymając się kurczowo krzesła, a z ust ulatniała mu się woń 20-letniej torfowej whisky. Źródła dobrze poinformowane donoszą, że pan rzecznik cierpi na głęboką frustrację: sam nigdy potwora z Loch Ness nie widział, podczas gdy potwór z Loch Ness widział pana rzecznika już kilkakrotnie.


EKSKLUZYWNY WYWIAD: ŚWIADEK KORONNY, PANI GENOWEFA (LAT 101)


Reporter „Gońca Ełckiego” dotarł do pani Genowefy, która od ponad wieku zamieszkuje skromną, ceglaną chatkę na samym brzegu jeziora. Rozmowa z nią rzuca zupełnie nowe światło na tałcką bestię.
Reporter: Pani Genowefo, czy to prawda, że zna Pani potwora?
Pani Genowefa: A weź pan, idź, jakiego potwora? Toz to zwykły ciućmok jest! Jak jesce małą dziewcynką byłam i wychodziłam z babcią nakarmić kury, to zaraz ten gadzina psyplywał, łeb z wody wystawiał i wsystko kurom wyzerał. Babcia go musiała miotłą po łbie okładać, zeby się opamiętał. Ale ja się z nim polubiła.
Reporter: Jak wygląda Wasza komunikacja?
Pani Genowefa: Jak mi co z obiadu zostanie, wychodzę na pomost, dzwonię łyzką w garnek, a on zaraz pędzi jak salony, choćby i w Rynie u dziewuchy był. Wszystko zezre. Obierki z ziemniaków wsuwa, az mu się usy tsęsą – choć on usu wcale ni ma. A kapusta kiszona? Panie! Tak mu smakuje, że ino mu się ta wielgachna gęba śmieje. Raz wsadził łeb do beczki z kisonką, tośmy go z moim nieboscykiem przez godzinę za ogon wyciągali. Tylko z tą kapustą musę bardzo uważać...
Reporter: Dlaczego?
Pani Genowefa: Bo on po kapuście puszcza takie wielgachne bąble spod wody ze aż się jachty na Śniardwach wywracają, a w gazetach potem o jakimsi Tsunami pisą.
Reporter: A pani się go nie obawia?
Pani Genowefa: Gdziez tam! Okropny z niego piescoch, najbardziej lubi, jak go łopatą za uchem drapię. Chociaz on usu ni mo. Ale jak tu do nas maloze przyjezdzają na te swoje jakoweś „planery”, to ciućmok siedzi na dnie jeziora i nosa nie wystawia, bo te malaze okropnie hałasują po nocach, a on jest bardzo płochliwy, bidulek.
Reporter: Dziękuję za rozmowę! I stu lat życia życzę!
(Na zdjęciu obok: domek pani Genowefy (101 l.) Domku nie widać, bo zasłania go drugie drzewo od prawej, które zostało wycięte w zeszłym roku.


GŁOS EKSPERTA: MAURYCY OCHĘDUSZKO I JEGO REKORDY


„Nowiny Mikołajkowskie” skontaktowały się z wybitnym autorytetem – Maurycym Ochęduszką, uznanym ekspertem ds. kryptozoologii i gier świetlicowych, człowiekiem, który znalazł się w Gwinejskiej Księdze Rekordów, bo jako pierwszy przepłynął Ocean Spokojny na stole bilardowym.
Reporter: Panie Maurycy, zanim o potworze... Dlaczego do przepłynięcia Pacyfiku wybrał Pan stół bilardowy?
Maurycy Ochęduszko: To oczywiste! Największym wrogiem samotnego żeglarza jest oceaniczna nuda. Dzięki temu, że płynąłem na stole z zielonym suknem, półtoraroczny rejs minął mi jak z bicza trzasł.
Reporter: Czy gra w bilarda na pełnym morzu jest trudna?
Maurycy Ochęduszko: Diabelnie. Przy dziesięciu w skali Beauforta bardzo trudno wbić bilę, a podczas tajfunu to już w ogóle ciężko trafić czarną kulą do łuzy. Najgorzej było jednak, gdy zamokła mi kreda do kija. No i ten Kraken.
Reporter: Kraken?!
Maurycy Ochęduszko: Tak! Podpłynął, połknął moją białą bilę i uciekł. Odzyskałem ją dopiero po dwóch tygodniach, gdy unosiła się na falach. Ale nie była już, niestety, taka biała..
Reporter: Co Pan sądzi o potworze z jeziora Tałty?
Maurycy Ochęduszko: Zanim ruszyłem na Pacyfik, trenowałem na jeziorze Tałty, pływając na stole do ping-ponga. Codziennie słyszałem potężne chlupoty, mlaskania i chrząkania. A nocami „coś” regularnie wyżerało mi piłeczki pingpongowe. Pewnego razu, gdy wiosłowałem paletką, „coś” chwyciło za jej drugi koniec i wessało ją w głębinę. Gdybym jej nie puścił, też zostałbym niechybnie wessany. To musiał być on, ten Tałtek!
Reporter: A jakie są Pana plany na najbliższą przyszłość?
Maurycy Ochęduszko: Obecnie przechodzę intensywny trening kondycyjny. Jesienią zamierzam przepłynąć Morskie Oko na stole do cymbergaja. Ale wszystko zależy od pogody i hojności sponsorów.


„Nowiny Mikołajkowskie” obiecują informować o sprawie, dopóki sezon ogórkowy się nie skończy lub dopóki Agencja Gospodarki Wodnej nie zgubi korka od jeziora.

Marcin Kołpanowicz · Kraków Wszystkie wpisy →