Koronabessa i koronahossa
Wirus, który zaczął panoszyć się na przełomie 2019 i 2020 roku, przeorał wszystko – od gospodarki po kulturę. Ta ostatnia nie zareagowała jednak jednolicie. Inaczej zachowała się kultura wysoka, a inaczej ta „codzienna”. Inaczej muzyka, inaczej malarstwo.
NOWINY Z DOLNEJ PÓŁKI
Na początek dygresja. Za głębokiej komuny miałem przyjaciela artystę, który wynajmował pracownię na ostatnim piętrze sąsiedniego bloku. Żył tam w całkowitej izolacji: zero radia, zero telewizji, o internecie nikt jeszcze nie śnił. Informacyjny tlen dostarczał mu sąsiad z dołu, który raz na jakiś czas przekazywał mu stertę przeczytanych gazet. Przyjaciel rzucał się na nie jak kot na mysz, tyle że wieści chłonął z potężnym opóźnieniem. Gdy spotykaliśmy się na spacerze, z wypiekami na twarzy informował mnie o śmierci Breżniewa (pół roku po pogrzebie) albo o wyborze Jana Pawła I, gdy na tronie w Watykanie od dawna zasiadał już Jan Paweł II.
Jeśli ten tekst wyda się Państwu anachroniczny, to nie przez mój brak refleksu czy opóźnienie w rozwoju, a przez cykl produkcyjny naszego kwartalnika. Tekst napisany wiosną ukazuje się jesienią; felieton wysłany do Naczelnego za Trumpa ujrzał światło dzienne za Bidena. Kiedy więc w końcu przeczytacie te słowa o koronawirusie, zapytacie być może: „Epidemia? Jaka epidemia? Kto to jeszcze pamięta?”. Oby tak było. Bardzo nam wszystkim życzę tej zbiorowej amnezji.
SAVOIR-VIVRE W MASCE
A teraz do rzeczy. Wirus, który zaczął panoszyć się na przełomie 2019 i 2020 roku, przeorał wszystko – od gospodarki po kulturę. Ta ostatnia nie zareagowała jednak jednolicie. Inaczej zachowała się kultura wysoka, a inaczej ta „codzienna”.
Nieoczekiwanie uścisk dłoni, przytulenie czy całus na powitanie stały się niemal zamachem na życie. Odwieczne formy towarzyskie skasował narzucony „dystans społeczny”. Elegancki uścisk dłoni zastąpiliśmy subkulturowym „żółwikiem” lub gruboskórnym „koronałokciem” – gestem, który wcześniej pasował raczej do kolejki po mięso niż do salonu. Nawet nasze twarze straciły na znaczeniu. Uśmiech, ironiczne skrzywienie ust czy pogardliwy grymas zniknęły pod maseczką. Całe spektrum ludzkich emocji zredukowano do kodu emotikonów: łapka w górę, smutna buźka, zła buźka. To nie był postęp. To powrót do pisma obrazkowego w wersji dla uwięzionych w areszcie domowym.
PODZIEMNY SCHABOWY
Nagle okazało się, że wigilia może być nielegalna, nocleg w hotelu jest wykroczeniem, a zjedzenie pizzy w restauracji – czynem kryminalnym. Jednak nasz naród, zahartowany w czasach okupacji i stanu wojennego, szybko przypomniał sobie gen oporu.
Gdy minął pierwszy szok, zaczęły się tajne komplety i konspiracyjne śpiewniki. Sam brałem udział w kilku kolędowaniach, na które wszyscy „przybieżeli” z euforią większą niż do stajenki. Znacznie gorzej wyglądało to w oficjalnych instytucjach kultury, które musiały podporządkować się odgórnie zarządzonym restrykcjom. Artyści sceniczni, których dyscypliny wymagają bezpośredniego kontaktu z widzami, skazani zostali na występy wirtualne. Jeśli miały one jakikolwiek sens, to jedynie jako sposób na przetrwanie. Brak w nich tego przepływu energii między wykonawcami a widzami, który odbywa się w czasie występu na żywo; brak emocji, kontaktu, nastroju i poczucia wyjątkowości towarzyszącego wyjściu do teatru czy na koncert.
Dziwi mnie tylko jedno: dlaczego nie wrócono do antycznych wzorców? Aktorzy u Sofoklesa czy Ajschylosa grali w maskach. I w amfiteatrach pod otwartym niebem. Dzisiaj wystarczyłoby dopisać do tragedii greckiej scenę z dezynfekcją rąk i mielibyśmy teatr idealnie skrojony pod wymogi Sanepidu.
ORKIESTRA GRZEBIE W ŚMIETNIKU
Gorsza sprawa z muzykami. O ile skrzypek może grać w maseczce, to dęciak już nie. Śpiewacy – ci dopiero są w grupie podwyższonego ryzyka, bo wykonują swój zawód, intensywnie wydychając powietrze, a więc czyniąc to, co najbardziej ryzykowne: na zmianę rozsiewają swój – jak to się dziś mówi – aerozol i wdychają aerozol swych scenicznych partnerów.
Jeśli epidemia, a raczej związane z nią obostrzenia, potrwają dłużej, śpiewakom grozi, że spełni się na nich przedśmiertna klątwa Tadeusza Kantora: „Niech sczezną artyści”. Znacie Państwo tę starą zagadkę? Dlaczego kontrabasista, który odchodzi na emeryturę, sprzedaje kontrabas, ale nie sprzedaje smyczka? Odpowiedź: żeby miał czym grzebać w śmieciach. Oby nie stało się to udziałem całej orkiestry. Bo nawet Metropolitan Opera w Nowym Jorku skasowała cały sezon 2020/2021, pozostawiając na bruku najlepszych instrumentalistów i wokalistów świata!
POLAK POTRAFI
Na szczęście inwencja rodaków nie zawiodła. Oto klienci restauracji zamienili się w ich pracowników: zostali zatrudnieni przez restauratorów na umowę o dzieło jako testerzy smaku, którzy po konsumpcji kotleta otrzymywali wynagrodzenie w wysokości 1 złotego – można by rzec: napiwek à rebours. (Nawet ci, którzy po przechorowaniu COVID-a stracili na jakiś czas zmysł smaku). Miłośnicy pływania nagle masowo zostali powołani do Kadry Narodowej, a siłownie zmieniły się w świątynie „Kultu Zdrowego Ciała”, gdzie wyciskanie sztangi stało się formą żarliwej modlitwy.
Falę oburzenia artystów estradowych wywołała transmisja Sylwestra Marzeń, i to nie tylko ze względu na poziom artystyczny, ale także na fakt, że w koncercie uczestniczyła publiczność, choć oficjalnie wszelkie imprezy masowe były zakazane. I tu organizatorzy pospieszyli z wyjaśnieniem, że nie była to wcale publiczność, a zatrudnieni w telewizyjnym widowisku aktorzy statyści, którzy niejako grali publiczność. Nie trzeba było długo czekać, by zaczęto na szerszą skalę wykorzystywać ten „patent Kurskiego” – odtąd pojawiający się na koncertach widzowie nie byli już widzami, a statystami zaangażowanymi do kręcenia filmu. Zawsze przecież można postawić szwagra z kamerą przed estradą i powiedzieć, że to wielka produkcja z Hollywood.
MUZYCZNA BESSA, MALARSKA HOSSA
A dlaczego, u licha, przez kilka miesięcy zamknięte były muzea i galerie? Przecież tam i tak nikt nie chodził, a potencjalnym, choć mało prawdopodobnym zagęszczeniom publiczności można by łatwo zapobiec, organizując chociażby sprzedaż przez internet biletów na określone godziny. W ten sposób galerie mogłyby – niechby i na ograniczoną skalę – prowadzić swą działalność, a być może zyskałyby nawet kilku dodatkowych zwiedzających, bo w czasie lockdownu wybrałyby się tam osoby, które dotąd wystawy omijały szerokim łukiem. Minister Gliński ogłosił wtedy, że „obiekty kulturalne są bezpieczniejsze niż siłownie”. Może i tak, choć wizyta w niektórych muzeach sztuki nowoczesnej, takich jak na przykład krakowski MOCAK, grozi trwałym uszczerbkiem na zdrowiu psychicznym, co jest ryzykiem znacznie większym niż zakwasy po fitnessie.
O ile na branżę muzyczną wirus sprowadził bessę, o tyle w tym samym okresie branża plastyczna przeżywała hossę. I to zarówno jeśli chodzi o czynne uprawianie twórczości, jak i jej rynkowe konsekwencje. „Dla artysty bycie normalnym to katastrofa” – mówi stara mądrość, więc też i twórcy z tych dziedzin są często tak asocjalnymi jednostkami, że czas lockdownu nie różnił się dla nich (właściwie powinienem napisać: dla nas) prawie niczym od zwykłego trybu funkcjonowania. I tak siedzimy całe życie zamknięci w swoich pracowniach, a w czasie przymusowego zamknięcia co najwyżej rosła nam wydajność z hektara, choćby dzięki mniejszej liczbie odrywających od malowania pokus, czyli spotkań towarzyskich lub wyjazdów. Głupio to powiedzieć, ale wreszcie mieliśmy idealne warunki do pracy! (Znajomy profesor ASP podzielił się ze mną obserwacją, że w czasie zdalnego studiowania jego uczniowie namalowali w domu o wiele lepsze obrazy, niż czynili to w trakcie regularnych zajęć na uczelni. Widocznie brak kontaktu z profesorem to dla młodych talentów najlepszy czynnik wzrostu).
Również kolekcjonerzy, pozbawieni możliwości wydania pieniędzy na narty w Alpach czy wakacje w Dubaju, rzucili się na aukcje malarstwa. Pieniądze to nie wszystko – trzeba jeszcze mieć złoto i Matejkę. Efekt? Wystrzeliło malarstwo dawne: Autoportret na koniu Leona Wyczółkowskiego sprzedano za 2,7 mln zł, Husarzy austriackich Piotra Michałowskiego za 2 mln, dwa płótna Jacka Malczewskiego za ponad 3 mln każde. Dzieci i zwierzęta Tadeusza Makowskiego wyceniono na 4,5 mln zł, a najlepszy wynik osiągnął Portret Karola Gilewskiego pędzla Jana Matejki – dobił niemal do 7 mln zł. Malarstwo współczesne również święciło w tym sezonie triumfy w domach aukcyjnych, a realizm fantastyczny sprzedawał się przez pewien czas jak świeże bułeczki. Za przykład może posłużyć obraz sztandarowego twórcy tego kierunku, Zdzisława Beksińskiego. Jego dzieło sprzedane zostało w listopadzie 2020 r. w Sopockim Domu Aukcyjnym za rekordową cenę ponad 700 tys. zł. Tak oto niewidzialny koronawirus wprowadził swoje porządki w świat sztuk wizualnych.
Nie wiem, czym jeszcze wirus nas zaskoczy, ale obawiam się, że do starej normalności nie ma powrotu. Kryzys to dla rządzących zbyt dobra okazja, by można ją było zmarnować. Podczas kryzysu można gładko przepchnąć zmiany, na które wcześniej nikt by się nie zgodził. A dla co bardziej podejrzliwych obywateli to okazja do zadania sobie pytania, czy chodzi w tym wszystkim o hand-wash, czy może o brain-wash.
Najważniejsze zatem, żebyśmy zdrowi byli – a jeśli już chorzy, to bezobjawowo. I przede wszystkim: nie traćmy smaku. Zwłaszcza tego dobrego. Czego Państwu i sobie życzę.